Przejdź do głównej części strony

Strona głównaWsadRów

Boży bojownicy zrywają bilbordy

Wyruszają na krakowskie ulice po zmroku. Mają taborecik i rozkładaną drabinkę. Walka jest nierówna, przeciwnik potężny. Nigdy jednak nie ulegną, gdyż opatrzność jest z nimi, a moralna czystość polskich dziatek w ich rękach.

Dlatego zrywają. Goliznę, złą i lubieżną. Pani Leokadia zna prawdę. Tu nie chodzi o rajstopy, bieliznę, operacje plastyczne czy telefony komórkowe. Wróg ewidentnie chce zgorszyć młodzież i dzieci, kazić niewinność duszy żrącym kwasem nieobyczajnych myśli. Na to nie może być zgody i ona się na to nie godzi.

Co za czasy. Ludzie przechodzą obok, nikt nie zaprotestuje, nie krzyknie, nikt dzieciom oczu nie zasłoni, nie zedrze tego paskudztwa. Przerażająca jest ta społeczna znieczulica. Jak dobrze, że są jeszcze dobrzy i odważni ludzie, którym nie jest wszystko jedno. Dokładnie tacy jak Pan Rysiu. On wszystko rozumie. Wiele razy jej tłumaczył, że zalać nas chcą z tej Unii trującymi wyziewami, by omamiając błyskotkami, niszczyć dobre polskie obyczaje. Naród, bez dobrych obyczajów, to martwy naród. Dlatego musimy się bronić.

Walczą wiec, choć walka to nierówna. Nieprzyjaciel jest lepiej zorganizowany, ma więcej środków i pieniędzy. Co uda im się zerwać, następnego znów jest naklejone. Ale im także sił i determinacji nie brakuje, więc bój trwa zażarty. Ile już razy pani Leokadia była pewna, że to koniec. Patrole straży miejskiej pojawiają się jak duchy. Gdyby ich złapali, byłby straszny wstyd. Co powiedziałyby wnuki? Czy docenią ich trud, troskę o czystość duszy, to niezwykłe poświęcenie?

Tego nie wie ani pani Leokadia, ani nawet tak mądry pan Rysio. Gdy wczoraj wieczorem znów zaatakowali, o 4:17 na skrzyżowaniu ulic Kijowskiej z Królewską nie było nikogo. Dokładnie sprawdzili, żadnej policji, żadnych "strażaków". Siedzieli na przystanku z dziesięć minut. Było chłodno. Świeże powietrze orzeźwiało, oczyszczając myśli. Pan Rysio wszedł na drabinkę, pani Leokadia intonując modlitwę czujnie wyglądała, czy ktoś czasem nie nadchodzi od strony ulicy Kijowskiej. Każdą komórką ciała czuła napięcie, gęste jak śmietana, które zalegało na przestrzeni tych parunastu metrów kwadratowych wokół bilbordu. Chwila była podniosła, serce waliło jej, jak nie przymierzając na pierwszej komunii, krzyżyk na piersiach dodawał otuchy. Nie było czasu na wahanie. Pan Rysiu z doświadczeniem zrywał bezwstydne fragmenty zdjęcia, po czym szybkim, zamaszystym ruchem skreślił śmiały napis: ŻYDY...". (ł.s.)

źródło informacji: Uwaga: jaja!

Oceń artykuł

  • Kiepski
  • Poniżej średniej
  • Średni
  • Powyżej średniej
  • Bardzo dobry

kliknij aby ocenić

AKTUALNA OCENA 3,10

Dodatki


Informacje dodatkowe